Życie zaskakuje najbardziej nas samych. Wystarczy tylko wyciągnąć właściwe wnioski. Przed Świętami Bożego Narodzenia wylądowałam na izbie przyjęć. Zasłabłam. Przyczyn nagromadziło się kilka: grypa jelitowa, niedociśnienie plus niedożywienie. Obsesja przed tym, że mogę znowu przytyć stawała się o tyle niebezpieczna, że z całym przekonaniem mogę stwierdzić, iż kroczyłam w stronę anoreksji i tak naprawdę już zawsze muszę uważać. W okresie dojrzewania przytyłam. Byłam gruba, nieakceptowana przez innych towarzysko, bo każdy chciał mieć we mnie koleżankę, ale tylko wtedy gdy potrzebował ściągnąć pracę domową albo by usiąść na sprawdzianie. A z chłopakami... No po prostu to był horror. Ale nikt nie zrozumie "grubasa" tylko drugi "grubas". Schudłam najpierw troszkę a ostatnio bardzo (do rozmiaru M / S). Jednak ciągle było mi mało. Szczególnie motywowała mnie perspektywa wigilii i tego, ze każdy będzie mnie namawiał bym jadła więcej i więcej. Ale kończąc wstęp i wkraczając do meritum sprawy, to wydarzenie sprawiło, że się wystraszyłam- szczególnie, że wyszła mi we krwi małopłytkowość- a fora internetowe nie pomagały by się uspokoić. Wystraszyłam się na tyle by przestać w tak głupi sposób "katować".
Nie zauważyłam jednak rzeczy najważniejszej. Tego, ze moja odporność psychiczna była bardzo słaba a nawet mogę stwierdzić, że wisiała na włosku. Teraz widzę co wpędzało mnie w tak podły nastrój. Jego apogeum przypadło na styczeń, choć problem towarzyszył od dawna. Jednakże jestem osobą, która mimo pozoru ekstrawertyzmu, niekontrolowanych wybuchów złości i euforii (po prostu chorą na ADHD) prawdziwy problem chowam do wnętrza oszukując samą siebie, ze jest w porządku. Ale prędzej czy później on wyjdzie. I tak też się stało. Dokonałam w życiu wyborów, które nie do końca zgadzają się z moimi pragnieniami. Teraz muszę je dokończyć. Jeśli chodzi o naukę często byłam najlepsza, choć głównie jechałam na opinii. Teraz na studiach nie jestem w czołówce. I przytłoczyło mnie to wszystko. Dwa kierunki studiów, problemy ze zdrowiem, niespełnienie artystyczne... Teraz jak to piszę wydaje mi się zwykłą pierdołą, ale po prostu nienawidzę czuć presji. Przytłacza mnie, bo obawiam się, ze nie podołam, przecież nie jestem jakaś niezwykła. Dobrze że mam wsparcie w Bogu, rodzinie... narzeczonym... Nie nie mogę jeszcze o nim tak pisać, przecież oficjalnie się nie oświadczał.
Dlaczego to piszę? Piszę to po to by wszystkim wam czytającym to (brawo za cierpliwość i wytrwanie) uświadomić, że szkoda czasu na przejmowanie się. Przecież żyjemy tu na Ziemi tylko raz. Świat się nie skończy a co to zmieni że się będziemy zamartwiać? Każdy jest do czegoś "powołany". Nie musimy być najlepsi we wszystkim i nie musimy wiedzieć od razu w czym jesteśmy dobrzy, przecież mamy sporo czasu by to odkryć. Nie wiemy kiedy przyjdzie nam odejść z tego świata. Żyjmy więc tak jakby każdy dzień był naszym ostatnim i tak jakby był naszym pierwszym. Nie znaczy tu, że mamy nie planować, nie brać odpowiedzialności za to co robimy i żyć beztrosko. Musimy zdawać sobie sprawę z konsekwencji naszych czynów.
Kończę- za dużo na pierwszy raz! :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz