Poznałam niedawno na studiach chłopaka, który uświadomił i wciąż uświadamia mi, ze nic nie muszę. Że często sama się zniewalam przez to, że robię coś, bo inni ode mnie oczekują, bo sama sobie coś głupiego narzucam, że tak powinnam zrobić by kogoś uszczęśliwić i wtedy zatracam siebie, gubię się i nie wiem kim jestem, czego naprawdę pragnę. Uzmysławia mi jedno. Nic nie muszę. Jestem wolna, nie zniewolona. Dlatego egzaminy czy je zdam czy nie to tylko moja własna sprawa, moja własna wiedza- nie muszę. Małżeństwo i posiadanie dzieci- nie muszę. Mieć tytułu mgr- nie muszę. Wyglądać tak jak się innym podoba- nie muszę.
Schudłam, nie dla kogoś tylko dla swojej wolności, z miłości do siebie. Jestem wegetarianką, bo tak czuję w sobie. Nie piję alkoholu, bo tak mi się podoba. Śpiewam, bo to kocham. Wierzę w Boga i Jezusa bo tak czuję, czuję inspirację Ducha, choć niekoniecznie to wszystko wygląda tak jak proponuje mi kościół. Ja to odkrywam w sobie. Nie chcę ślepo się ograniczać nakazami i zakazami. Po to mam rozum, po to mam sumienie i po to mam duszę.
Chcę pojechać do Indii, chcę mieć przewodnika duchowego i pracować tak, by ludziom pomagać. Nie zacznę tego wszystkiego jeśli nie będę stabilna. Jesli nie będę wiedzieć na pewno, gdzie jestem ja a gdzie inni.
Człowiek powinien wiedzieć zawsze gdzie się znajduje. Nie za dużo Boga, nie za dużo ziemi. Nie za dużo ludzi, nie za dużo mnie. Nie za dużo samotności, nie za dużo społeczności. Harmonia. Pięknie czysto brzmiący akord. I wtedy cały świat wibruje czystą energią. Harmonia i równowaga. Nic nie muszę!